Stowarzyszenie "Stop Manipulacji"
00-363 Warszawa, ul Nowy Świat 54/56 III piętro
e-mail: stopmanipulacji (at) tlen.pl


<<- Powrót do strony glównej

<- Poprzednia strona

 Nasze artykuły

Polityczna hucpa na użytek mas

o leczeniu pedofilów

W 2008 premier RP Donald Tusk - zapewne pod wpływem nacisków najbardziej głośnych środowisk zajmujących się przemocą seksualną wobec dzieci - ogłosił politykę zero tolerancji dla pedofilów. To było tuż po tym, jak media opisały historię młodej kobiety od dziecka więzionej i gwałconej przez ojca. Wystarczył ten jeden drastyczny przypadek, by z inicjatywny premiera, do znowelizowanego kodeksu karnego, wprowadzono pojęcie "chemicznej kastracji". Kastracja, obowiązkowa dla pedofilów gwałcicieli, którzy odsiedzieli wyrok, miała być prowadzona w specjalnie dostosowanych do tego rodzaju przypadków - utworzonych na terenie kraju - kilku oddziałach psychiatrycznych.

Ostatnio tygodnik Newsweek, w numerze 24, zamieścił artykuł Anny Szulc "Wielka fikcja", odnoszący się do problemu kontrolowania i leczenia pedofilów po wyjściu z więzienia w myśl założeń ustawy wprowadzonej przez premiera. Autorka artykułu zauważa, że ośrodki stworzone dla tego rodzaju przestępców seksualnych od lat stoją puste. Leczonych jest w nich zaledwie 3 (słownie trzech) pedofilów. A miały podobno "pękać w szwach".

Próbując zrozumieć przyczyny takiego stanu rzeczy, dziennikarka zwróciła się do znanych autorytetów, m.in. dr Andrzeja Depko, prezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. Zdaniem tegoż, ośrodki te powstały tylko i wyłącznie na potrzeby PR (politycznego pijaru). Dowód? Nigdy nie przeszkolono specjalistów, którzy mieliby pracować w takich oddziałach. Inny przywołany autorytet, psychiatra dr Jerzy Pobocha, były prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej, podchodzi do tego tematu nie mniej sceptycznie. Jego zdaniem, większości pedofilów nie da się wyleczyć. "Propagandowe hasła i kolejne pieniądze wyrzucone w błoto tego nie zmienią" - mówi. Z drugiej jednak strony, w tymże artykule, Anna Szulc przywołuje wypowiedzi przedstawicieli organizacji pozarządowych zajmujących się przemocą seksualną domagających się bezwzględnego izolowania takich przestępców od społeczeństwa.

Problem z pedofilami, którzy wyjdą na wolność po odbyciu kary rzeczywiście istnieje. To niebezpieczni przestępcy, którzy nadal mogą wyrządzać ogromne krzywdy dzieciom. Niepokoją jednak padające w artykule stwierdzenia, że "większość przestępstw nigdy nie została wykryta", "skala pedofilii w Polsce jest niewyobrażalna", "według amerykańskich danych na jaw wychodzi jedynie około 3 procent przypadków pedofilii". Czy te budzące grozę dane są oparte na jakichkolwiek badaniach empirycznych? Jak można potwierdzić diagnozę czegoś co nie zostało wykryte? Skąd takie szacunki, biorąc pod uwagę nikłą liczbę skazanych za pedofilię w państwie liczącym prawie 40 mln. obywateli?

Wątpliwości budzi również zamieszczona w artykule wypowiedź prof. Marii Beisert specjalizującej w problematyce pedofilii, autorki m.in. książki na temat rodziny kazirodczej, na bazie której szkoleni są biegli. Pani profesor uważa, że leczeniem powinni być objęci nie tylko skazani, u których stwierdzono tzw. pedofilię preferencyjną - czyli że satysfakcję seksualną sprawia im wyłącznie kontakt seksualny z dziećmi, ale również ci, którzy np. molestowali dziecko, a tak naprawdę marzyli o upojnej nocy z kobietą. W jaki sposób można to naukowymi metodami - a więc obiektywnie - dowieść, tego nie wiadomo. Faktem jest, że kontrowersyjne tezy głoszone przez prof. Beisert są aplikowane między innymi w opiniowaniu ojców walczących o prawo do opieki nad dzieckiem, oskarżanych o molestowanie seksualne. Niektórzy z nich stają się "sprawcami regresywnymi" i niemal natychmiast pozbawiani praw do własnych dzieci.

Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że w ekstremalnych sytuacjach prawnik doradza oskarżenie męża o pedofilię kazirodczą (por. artykuł T. Borowskiego, "Gwałt na umyśle", "Nie", 22/2013) wiedząc, że odpowiednio przeszkolony psycholog (np. w oparciu o teorię M. Beisert) bardzo łatwo może doszukać się u ojca takiej dewiacji. To potencjalni kandydaci do leczenia, którzy - w myśl teorii głoszonej przez autorytet z Poznania - powinni zapełnić dotąd puste łóżka w ośrodkach terapeutycznych.

Co jednak najbardziej uderza w wymienionym artykule, to dane o skali występowania zjawiska pedofilii. Powtórzmy. Trudno nie zauważyć dysonansu między znikomą liczbą pedofilów aktualnie poddanych terapii, danymi statystycznymi wskazującymi, że zaledwie 130 odsiadujących wyroki to autentyczni pedofile, a olbrzymią, podobno, rzeszą nieujawnionych przestępców seksualnych krzywdzących dzieci. Jeżeli prawdą miałoby być, że większość takich przestępstw nigdy nie wychodzi na światło dzienne, to na jakiej podstawie wyciągany jest taki właśnie wniosek? Czy przypadkiem nie mamy do czynienia z hucpą polityków i psychobiznesu żyjącego z kreowania ogromnej skali problemu pedofilii na użytek oczekiwań zmanipulowanych odbiorców mediów?

Warszawa, 12.06.2013r.
Barbara Gujska