Stowarzyszenie "Stop Manipulacji"
00-363 Warszawa, ul Nowy Świat 54/56 III piętro
e-mail: stopmanipulacji (at) tlen.pl


<<- Powrót do strony glównej

<- Poprzednia strona

 Nasze artykuły

Domniemanie molestowania. Czyli dlaczego nagle zgasła dziennikarska gwiazda

Molestowanie seksualne. To jedno z kluczowych haseł polityki społecznej środowisk walczących z przemocą wobec kobiet. Jak duża jest jego siła rażenia, dobitnie świadczy nagły upadek znanego dziennikarza, oskarżanego o mobbing i molestowanie seksualne w jego miejscu pracy. Sprawę nagłośnił tygodnik "Wprost" uznając, że wobec ludzi mediów, uważających się za nietykalnych, "zmowę milczenia trzeba przerwać". Tygodnik dawkował stopniowo sensacyjne doniesienia. Pisząc o "ukrytej prawdzie" i molestowaniu seksualnym w jednej z dużych stacji telewizyjnych, nie ujawniał początkowo nazwiska dziennikarza tym samym silnie rozbudzał wyobraźnię i przyciągał coraz większą uwagę opinii publicznej.

Nagłośniona przez "Wprost" sprawa wywołała natychmiast spekulacje o jaką osobę chodzi. Internauci dość szybko ustalili, że jest nią gwiazda dziennikarstwa telewizyjnego - Kamil Durczok, szef Faktów TVN. Gdy jego nazwisko zaczęło krążyć na forach dyskusyjnych, zszokowany dziennikarz próbował się tłumaczyć, że nie nigdy nie molestował żadnej z podległych mu pracownic, ale mechanika medialnego linczu już zadziałała. Jakich konkretnie seksualnych nadużyć dopuścił się ten dziennikarz? Wymieniając już nazwisko Kamila Durczoka w kolejnej publikacji zatytułowanej "Nietykalny", tygodnik Wprost przedstawił historię jednej z jego pracownic. Obszerny artykuł zawierał jednak niewiele istotnych treści. Trudno było doszukać się w nim jakiś konkretnych informacji świadczących o seksualnych wynaturzeniach Durczoka. Skupino się głównie na opisie stanu psychicznego domniemanej ofiary i jej cierpieniu spowodowanych niewłaściwym zachowaniem jej szefa: Zaczęłam mieć lęki. Nie wiedziałam z której strony dostanę. Przed dyżurami z nerwów płakałam i wymiotowałam, by rozbudzić współczucie czytelników. Głównym dowodem molestowania seksualnego były wysyłane do niej sms-y szefa redakcji Faktów z propozycją spotkania w jego prywatnym domu.

Publikacje we Wprost niemal natychmiast spowodowały powszechne oburzenie na postępowanie dziennikarza; nawet ze strony osób uznanych za autorytety, które nigdy nie były świadkiem jego niewłaściwych zachowań. Gwiazdę dziennikarstwa uznano za przestępcę zanim sąd mu udowodnił że dopuścił się przestępczych czynów.

W dyskusjach nad aferą Durczoka umyka uwadze jeden bardzo istotny aspekt sprawy. Powołana przez zarząd TVN komisja wydała oświadczenie w którym podano, że doszło przypadków mobbingu i molestowania seksualnego. W raporcie nie wskazano sprawcy, ale wiadomo, że chodziło o Durczoka, któremu tygodnik Wprost zarzucił molestowanie dwóch dziennikarek. Przyjmując nawet, że opisując tę bulwersującą sprawę redakcja tygodnika kierowała się dobrymi intencjami w obronie ofiar molestowania, to trudno nie zauważyć, że atakując kolegę po fachu dziennikarze kompletnie pominęli zasadę domniemania niewinności. Czy uważających się za rzetelnych dziennikarzy nie obowiązuje już ta cywilizacyjna zasada? Skąd autorzy artykułów mieli pewność, że opisywane przez anonimowe ofiary molestowania zdarzenia miały rzeczywiście miejsce a nie stanowiły przynajmniej po części projekcji ich subiektywnych odczuć, fantazji erotycznych czy nawet fałszywych wspomnień? Czy szokujące i wielokrotnie powtarzane przez inne media, cytaty w rodzaju "Oprzesz się, suko, o ścianę, a ja wejdę od tyłu", padły rzeczywiście z ust oskarżanego dziennikarza? Czy zajmując zdecydowanie jednoznaczne stanowisko, w sprawie złożonej i obarczonej ryzykiem pomówień, redakcja przewidziała wszystkie konsekwencje rzuconych oskarżeń? Czy autorzy artykułów mieli świadomość, że w zdominowanej przez filozofię gender rzeczywistości społecznej nawet komplement odczytany bywa jako molestowanie i że podobny los do Durczoka może ich także kiedyś spotkać?